Miało być na gwiazdkę. Dolar usiłował odbić się od dna i dno się oberwało. A znajomy akurat był za “Wielką Wodą” (thx grzegorz). To i skorzystałem z okazji… I tym sposobem kolejny gadżet trafił w moje ręce.
Oczekujących informacji na temat Linuksów, Solarisów czy innych Indiańców od razu z góry uprzedzę, że nic takiego tutaj nie będzie. W zasadzie wyjdzie z tego pewnie jakaś recenzja czytnika. Chciałem ją napisać wcześniej, ale ciągle brakowało czasu… I tym sposobem doczekałem się obiecywanego od kilku miesięcy nowego firmware’u – i taką wersję opisuję. Uwaga, wyjdzie pewnie długie. ;)
EDIT: poprawiłem trochę post, trochę bardziej zorganizowałem dołączyłem sekcję “jak to zrobić” – może komuś się przyda.
Wstępniak, czyli o co się w tym wszystkim rozchodzi?
Lubię czytać. Staram się, jak tylko jest możliwość, ale wiadomo jak to z czasem… Poza tym, co by nie mówić, książki, choć dają ten jedyny, niepowtarzalny “feeling”, zazwyczaj są niewygodne. Mniej bądź bardziej ciężkie, zajmują miejsce, bywają nieporęczne i tak dalej. Próbowałem czytać na laptopie – owszem, da się, ale mam awersję do wszelkiego typu “świecących” monitorów przy czytaniu dłuższych tekstów. Na dokładkę przy wyświetlaczach LCD męczę się szybciej niż przy monitorach CRT – są dla mnie zbyt kontrastowe. Mimo tego próbowałem czytać książki korzystając z PDA. Doszedłem do wniosku, że nawet ekran o rozdzielczości VGA tego nie ratuje – jest to za małe i zbyt nieporęczne. Od pewnego czasu przyglądałem się rozwiązaniom opartym o e-ink. W końcu przełamałem się i sprawiłem sobie jedno z takich urządzeń: Sony PRS-505.
Po wstępniaku, czyli co dostajemy do ręki?
Już wiedziałem po obejrzeniu wszelkich innych prezentacji, recenzji i tym podobnych, czego mniej więcej się spodziewać. Głównie na podstawie różnych recenzji poprzedniego modelu: PRS-500. Rozmiary tegoż urządzenia: 175 x 122 x 8mm (trochę większe niż format A6). Wymiary wyświetlacza: 123 x 91 mm (to z kolei troszkę mniej niż format A6). Waga, według oficjalnych materiałów (bez etui): 255g. O ile wymiary są mniej więcej takie, jak się spodziewałem, o tyle waga lekko mnie zaskoczyła – w pierwszej chwili wydawało się przyciężkie. W praktyce jednak nie męczy, trzyma się je bardzo dobrze nawet w jednej ręce. Wykonanie samego urządzenia bardzo na plus – czuć solidną robotę, wszystkie przyciski działają pewnie, nic nie trzeszczy, nie rozpada się. Cała obudowa jest z jakiegoś metalu (a przynajmniej metalizowana). Tyle plusów.
Etui? Kogoś powinni za to odstrzelić. O ile sam materiał jest jakoś tam akceptowalny (czymkolwiek to jest – przypomina jakiś skaj, od środka z kolei coś w rodzaju filcu), o tyle sposób spięcia go z czytnikiem jest straszny. Na grzbiecie okładki jest plastikowy uchwyt z dwoma “bolcami” od góry i od dołu, które wchodzą w odpowiadające im dziury w czytniku. Skutkuje to tym, że czytnik sobie lata, jak chce między jedną a drugą okładką. Sytuację lekko ratuje fakt, że w etui są ukryte małe magnesiki po rogach, które powodują, że okładka przylega do czytnika przy zamknięciu. Osobiście wolałbym, gdyby był w jakiś sposób mocowany “plecami” do jednej strony etui. Tak było zresztą w poprzednim modelu.
Z “usability” IMHO przydałoby się coś w rodzaju zakładki/kieszonki na kawałek kartki, notesika, czegokolwiek. Ale to takie tam moje marudzenie.
Popatrzmy bliżej…
Po obejrzeniu czytnika rzuca się w oczy: od góry wyłącznik, dwa sloty na karty (MS Pro Duo, jak na produkt Sony przystało, oraz SD), od dołu zawieszka do “smyczy” (naprawdę nie wyobrażam sobie kogokolwiek z czytnikiem noszonym na smyczy – ale różni ludzie, różne potrzeby…), mini-USB, gniazdo zasilania (brak zasilacza w komplecie), mini jack (do słuchawek), przyciski głośniej/ciszej. Na czytniku trochę guziczków – w zasadzie same się opisują. Całość moim zdaniem wykonana zgrabnie, estetycznie.
3, 2, 1… Odpalamy!
To, co spowodowało w pierwszej chwili po włączeniu natychmiastowy opad szczęki i problemy z pozbieraniem jej z podłogi, to wyświetlacz. Zdjęcia, jakiekolwiek by nie były (a że te obok nie grzeszą jakością pod jakimkolwiek względem, mam tego świadomość), nie są w stanie tego oddać.
Drugi opad szczęki zaliczyłem po otworzeniu przykładowych fotografii. Ja wiem, że można wiele, ale zdając sobie sprawę z tego, że ten wyświetlacz dysponuje 8 odcieniami szarości i stosunkowo niewielką rozdzielczością (ok. 800×600), to po prostu… WOW. Nawet komiksy wyglądają świetnie.
Wyświetlacz (z racji tego, że imituje papier) ma dość ciekawą właściwość – im jaśniej, im ostrzej oświetlony, tym bardziej czytelny i kontrastowy. Tło nie jest białe, lecz szare. Tak samo tekst nie jest czarny – jest ciemnoszary. Widać to na zdjęciach w porównaniu z książkami. Cecha ta może być irytująca przy złym oświetleniu, jednak przy jasnym wyświetlacz nabiera “blasku” i kontrastu. W świetle słonecznym wygląda wręcz cudownie. Faktura ekranu przypomina lekko pergaminowany papier. Chociaż sprawia wrażenie “błyszczącego”, nie działa jednak jak lustro, w związku z tym nie trzeba się zmagać w jakimś strasznym stopniu z refleksami światła. Występują mniej więcej w takim samym stopniu, jak właście przy papierze pergaminowanym.
Co jeszcze w nim ciekawego? Hm, wada – jest wolny. Zmiana ekranu trwa niecałą sekundę – ekran na moment robi się zaczerniony, po czym pojawia się właściwy obraz. Przy czytaniu moim zdaniem to nie przeszkadza, denerwujące jest przy poruszaniu się po menu. Na szczęście cyfry z boku działają w nim jak skróty (nie wyobrażam sobie przejeżdżanie strzałkami w celu wybrania konkretnej pozycji), po drugie czytnik buforuje wciśnięte klawisze – więc jeśli już się zna strukturę menu, to można w ciemno wcisnąć jakąś sekwencję i po prostu chwilkę poczekać. Po różnych forach można spotkać fanatyków, którzy twierdzą, że tego nie widzą. ;)
Jak tego używać?
Nie zamierzam robić tutaj przepisywać instrukcji, czy powielać to, co zostało napisane w setkach innych miejsc. Zresztą – obsługa jest prawie tak prosta, jak obsługa cepa.
Struktura menu – jak dla mnie jest dość proste, intuicyjne, bez zbędnych wynalazków. Zasadniczo mamy dostęp do książek – sortowanie po tytułach, po autorach, po “kolekcjach” (czyli tak naprawdę po tagach). Dla każdej książki mamy kontynuację czytania, skok na początek, koniec, spis treści, naszą “historię” czytania, zakładki, informacje o książce. Czytanie książki – guziczek “w prawo” – strona do przodu, guziczek “w lewo” – strona do tyłu, przytrzymanie któregoś kilka sekund, to skok o 10 stron we wskazaną stronę, wystukane cyferki zatwierdzone Enterem – skok do strony o podanym numerze. Kliknięcie “lupki” – zmiana rozmiaru tekstu, przytrzymanie “lupki” obrócenie całości o 90 stopni.
Oprócz tego z menu jest oczywiście dostęp do odtwarzacza muzyki i przeglądania grafiki. W ustawieniach możemy sobie ustawić aktualny czas, wyłączyć całkowicie czytnik (domyślnie jest tylko usypiany), przywrócić ustawienia domyślne, wybrać orientację (pionowa/pozioma). W ogólności – nic wyszukanego, ale doskonale spełniające rolę, do jakiej zostało zaprojektowane.
Łyżka dziegciu, czyli jak to jest z tymi formatami…
Sam wyświetlacz to nie wszystko, w końcu powinno na tym dać się czytać książki. Jak z tym jest? A szczerze powiedziawszy – różnie. Chociaż po uwzględnieniu nowego oprogramowania (które, odnotuję z kronikarskiego obowiązku, pokazało się 25 lipca 2008) – całkiem nieźle.
Czytnik z formatów tekstowych natywnie obsługuje: LRF (znany także jako BBeB) i jego odmiana z DRM-em (LRX), RTF, TXT, PDF (nowy firmware także wersję z DRM), od ostatniej wersji firmware’u EPUB (także wersję z DRM). Do tego potrafi uprzyjemnić czas odtwarzając w tle MP3 oraz AAC. Pozwala także przeglądać grafikę w formatach JPG, GIF (animacji radziłbym nie oczekiwać), PNG oraz BMP. Natywnie nie umie obsługiwać DOC – aplikacja dostarczana z czytnikiem (eBook Library) w przypadku posiadania zainstalowanego Microsoft Word samoczynnie konwertuje DOC na RTF.
Najmniej bezproblemowymi formatami są LRF (jakby nie patrzeć, to natywny format dla czytnika) oraz EPUB (przykład na zdjęciach obok). Po prostu działają.
Drugim stosunkowo najmniej bezproblemowym formatem jest TXT. Z jedną uwagą – jeśli korzystamy z tekstu nie po angielsku, wskazane jest, żeby był zapisany w UTF-8. Chociaż to nie wystarczy (o czym będzie niżej).
RTF? Jest dobrze, mogłoby być lepiej. Najbardziej drażniąca wada – nie potrafi sobie poradzić z obrazkami w dokumencie.
PDF – tutaj w pierwszej wersji firmware’u Sony dało trochę ciała. Sprawa pierwsza: rendering dokumentów. Na tej stronie jest to pokazane – otóż wszystkie dokumenty PDF, niezależnie od sposobu ich tworzenia, mają dodatkowe szare tło. Powoduje to zmniejszenie kontrastu dla całego dokumentu, “rozmycie” tekstu. Dodatkowo obsługa PDF jest woooolllnaaaaa… O ile jest on stworzony mniej więcej w natywnej rozdzielczości urządzenia, to jakoś idzie przeglądać, o tyle skalowanie czegoś bardziej nietypowego (Letter, A4) jest strasznie wolne. Z nową wersją firmware’u sytuacja na szczęście dość znacznie się poprawiła – po pierwsze – jest szybko, po drugie – nie ma “rozmywającego” wszystko tła, po trzecie – w poprawnie zrobionym PDF-ie czytnik “rozumie” tekst i potrafi zrobić jego, jak to Sony określiło, “reflow” (przykład obok). Trochę to się sypie w miejscach, gdzie mamy dużo grafiki, na szczęście można wrócić do standardowego renderowania strony. Wydaje mi się, że jak na możliwości tak małego czytnika, poradzono sobie z tym całkiem nieźle.
Pozostałe formaty trzeba niestety konwertować (LIT, PDB, HTML, itd). I z tym w większości trzeba sobie radzić samemu. Na szczęście nie ma problemu ze znalezieniem odpowiednich narzędzi. Użytkownicy uniksowatych pewnie nawet się ucieszą – większość konwerterów, to skrypty perlowe, bashowe, pythonowe wykorzystujące typowe narzędzia takie jak ImageMagick, Ghostscript i tym podobne. Na szczęście rzesza użytkowników czytnika jest całkiem spora, powstało więc też kilka przydatnych narzędzi. Jednym z wartych uwagi jest calibre (wcześniej znane jako libprs500). Jest to w zasadzie kombajn (napisany w Pythonie) do zarządzania sobie bazą ebooków, poprawiania tagów, konwertowania między różnymi formatami, synchronizacją czytnika – w dodatku rozwija się dość intensywnie.
“Zadanie kata na lace” czyli jak to jest z polskimi literkami
Wspomniałem powyżej o problemach z polskimi znakami – okazuje się, że w XXI wieku producenci myślą czasem “dziwnie”. Czytnik w zasadzie we wszystkich dokumentach spodziewa się znaków w UTF-8 (o ile nie ma narzuconego kodowania) – tu plus dla niego. Minusem natomiast jest, że wbudowane czcionki zawierają w zasadzie alfabet łaciński plus kilka pojedynczych dziwnych znaków. Ja rozumiem, że to jest przeznaczone głównie na rynek amerykański, ale żeby aż tak… W warunkach polskich skutkuje to malowniczymi “krzaczkami”. Z sytuacją można radzić sobie na dwa sposoby: albo konwertując książki na LRF/EPUB/PDF dołączając do dokumentu odpowiednie czcionki, albo wykonując “nieoficjalny upgrade” czytnika podmieniając wbudowane czcionki – Rosjanie przychodzą nam z pomocą – dają odpowiednie narzędzie do upgrade’u, czcionki i inne przeróbki (opis tego plus narzędzia i odpowiednie pliki znajduje się na końcu artykułu). Bo okazało się, że interfejs użytkownika można dość łatwo poprawiać – momentalnie powstały poprawki dodające nowe funkcje (zegarek w pasku statusu, zmiana funkcji klawiszy, nawet gry – na razie wiadomo mi o dwóch: Sudoku i FiveBalls).
Dołączone przykładowe książki mi się znudziły. Jak wrzucić w to swoje książki?
Albo poprzez USB, albo włożyć kartę z książkami. Z nowym oprogramowaniem czytnik nauczył się też w końcu rozumieć SDHC (podobno poprzednia wersja nie umiała, nie zauważyłem tego nawet z braku takowej karty). Po podpięciu czytnika poprzez USB widzimy po prostu trzy “dyski” – pierwszy to pamięć wewnętrzna czytnika (256MB minus firmware – dla użytkownika zostaje ok. 210MB) drugi to karta MS, trzeci – karta SD. Wada – w momencie, kiedy jesteśmy podpięci kablem USB do komputera, nie można korzystać z czytnika.
Przy wkładaniu/wyjmowaniu karty czytnik zauważa każdą taką operację i “indeksuje” sobie zawartość. Na każdym z nośników tworzy sobie własny “cache”, w którym przechowuje listę książek, ich historię, a także coś w rodzaju “preformatu” dla niektórych formatów (LRF/RTF/TXT). O co chodzi? Pierwsze otwarcie dokumentu powoduje jego wstępną analizę, sformatowanie i podział na strony przy określonym rozmiarze czcionki. Niestety jest to operacja dość czasochłonna (i tu kolejny plus dla nowego firmware’u – w starym przeformatowanie 600-stronicowego RTF zajmowało z 5 minut, w nowym – niecałą minutę). Zmiana rozmiaru wymusza ponowne przeformatowanie – czytnik to właśnie zapisuje sobie w cache’u i przy kolejnej zmianie na już używany rozmiar jest błyskawiczna. Procesu tego można uniknąć korzystając z możliwości wrzucania książek przez dostarczoną aplikację Sony “eBook Library” – aplikacja ta robi preformatowanie dokumentu na komputerze i dodaje odpowiednie wpisy do cache’a. I tak szczerze powiedziawszy, to jedyna dobra rzecz, jaką robi.
No fajnie, ale jak długo mogę z tego czytać? Bo laptop to po kilku godzinach się wyłącza…
Bateria – to jest w tym czytniku bardzo na plus. Malkontenci narzekają, że nie jest wymienna… Podejrzewam, że zanim padnie, to z pięć nowszych generacji czytnika już będzie. E-ink ma inną specyfikę działania niż typowy wyświetlacz – pobiera prąd tylko podczas zmiany obrazu. Dlatego zużycie prądu dla czytnika jest określone w liczbie zmiany stron. Wartość katalogowa mówi o 7500 – na oko doszedłem gdzieś do wartości 5000 zmian stron przy czytaniu książek z karty SD (starczyło mi to na ładnych kilka tygodni) – elektronika coś tam na pewno też pobiera, więc uważam, że jest to całkiem niezła wartość. Spokojnie można sobie zabrać czytnik na dłuższy wyjazd nie martwiąc się o ładowarkę. Chyba że zachce nam się słuchać MP3 w tle – wtedy może nam nawet na dzień nie wystarczyć.
Ładowanie możliwe jest na dwa sposoby – albo poprzez USB (tylko wtedy nie można korzystać z czytnika), albo poprzez jakikolwiek zasilacz 5V (który trzeba sobie samemu dokupić – w moim przypadku idealnie pasuje zasilacz od PDA).
Skoro wspomniałem wyżej o MP3 – czytnik nie ma żadnego głośniczka – muzyki możemy sobie posłuchać tylko korzystając ze słuchawek. IMO bardzo dobrze – nie hałasuje nam nic zbędnie. A jakość dźwięku na moje ucho jest całkiem przyzwoita.
The end (almost)
Zazwyczaj każdy, kto wyrzucił te kilkaset dolarów na gadżet będzie szedł w zaparte, że to był dobry wydatek. Napiszę tak – osobiście nie żałuję. W tej chwili trudno mi powiedzieć, czy znając wszystkie wady i zalety zarówno czytnika, jak i rynku książek elektronicznych (a ten mooocno kuleje) kupiłbym go jeszcze raz. Najbardziej doskwiera mi brak możliwości kupienia książek w postaci elektronicznej na rynku polskim. Czytanie “piratów” męczy – skład, literówki, błędy, to wszystko robi strasznie negatywne wrażenie. Coraz lepiej za to jest “na zachodzie”. Jest kilka księgarni sprzedających czy to normalną beletrystykę (TOR, BooksOnBoard), czy literaturę techniczną (tu bardzo pozytywnie zaskakuje mnie O’Reilly). Jest też trochę serwisów oferujących darmowe książki – czy to z projektu Gutenberg, czy z innych miejsc. Jak chociażby FeedBooks. Po różnych forach widzę, że coraz więcej bibliotek (zwłaszcza w Stanach) prowadzi “wypożyczalnię” ebooków. Dużą nadzieję wiążę z formatem EPUB – wydaje się, że ma dość spore poparcie ze strony i wydawców, i sklepów – obym się nie mylił. Trochę szkoda, że Amazon usiłuje tak usilnie forsować Mobipocket w związku ze swoim Kindle. Ale trudno im się dziwić. A u nas? A u nas nic. Znajdzie się może kilka stron z darmowymi książkami, kilka “wydawnictw” sprzedających jakieś romansidła bliżej nieokreślonych autorów lub setki wersji poradników raczej nikomu nieprzydatnych… Liczę na to, że kiedyś jednak będzie lepiej. I może na tym skończę.
And now… The larch
Czyli obiecana instrukcja poprawienia czcionek “dla leniwych”. Mniej leniwi znajdą pewnie sami sobie informacje, jak podstawić własne czcionki/zmienić wielkość czcionki w menu i inne cuda. Oczywiście “disklejmer”: SOA #1, nie biorę odpowiedzialności, jeśli rozwalisz sobie swój własny czytnik.
Uwaga: zanim weźmiesz się za cokolwiek, upewnij się, że karta pamięci, której będziesz używał, jest na pewno w pełni sprawna.
Zakładam, że używasz PRS-505 z najnowszym firmware. Zatem powinieneś ściągnąć sobie “Universal Flasher 2.0″ i rozpakować na kartę pamięci.
Następnie należy ściągnąć “obraz” firmware’u z dołączonymi odpowiednimi fontami.
Potem:
- rozpakowujemy go bezpośrednio na kartę
- wkładamy kartę do czytnika, czekamy chwilę
- Wybieramy opcję “6: flash the image” (wciskając 6) i czekamy chwilę – czytnik po kilku minutach powinien się zresetować (w czasie resetu możemy wyciągnąć kartę, żeby “flasher” się nie uruchomił ponownie)
I voilla!
The End